Nie napiszę pierwsza, nie będę się narzucać, a potem pluję sobie w brodę, że przepuściłam kolejną szansę rozmowy.
Fuck my fucking life.
A potem ten zaciesz, kiedy widzę czerwoną jedynkę obok znaczka skrzynki odbiorczej w telefonie.
Ok, od wczoraj mogę się podpisywać @lexannmarie z czystym sumieniem, nareszcie jestem "Marie".
Dwie godziny w kościele, makijaż, który do połowy mi spłynął za sprawą tego całego krzyżma, dziewczyny potykające się o własne obcasy. Dzisiaj rozniosłam z Anią dwa pisma i byłam na mszy z okazji święta patrona. Po południu festyn szkolno - rodzinny i przedstawienie napisane przez naszą klasę.
We wtorek "Młodzi Młodszym". Albo wreszcie pogadamy, albo zwariuję z niepewności.
Nie można tak po prostu zapomnieć o czymś, co było. Męczyło mnie to cały rok... Męczy mnie to od chwili, w której się poznaliśmy i nadal mnie męczy... Niby coś jest, a tego nie ma. Niby coś mogłoby być, a tego nie ma. Niby chcę, żeby coś było, a tego nie ma. Dlatego sama nie wiem, co zrobić. Mam odwagę, ale jej nie czuję. Mam chęć, ale tłumi ją niepewność. (Jeśli wyjdę na debilkę, to będzie Twoja wina.)
"Kiedy byłam młodsza widziałam, jak moja mama płacze
I rzuca wyzwiska na wiatr.
Złamała swoje własne serce i patrzyłam, jak próbuje poskładać je z powrotem.
Przysięgłam sama sobie, że nigdy nie zapomnę.
To był dzień, w którym obiecałam, że nigdy nie zaśpiewam o miłości,
Skoro nie istnieje.
Może gdzieś tam w środku wiem, że miłość nie trwa wiecznie.
Musimy znaleźć swój własny sposób, żeby przetrwała i abyśmy wyszli z twarzą.
I zawsze żyłam tak, utrzymując ją w wygodnym dystansie.
I aż do teraz poprzysięgłam sobie, że jestem skazana na samotność,
Bo nic z tego nigdy nie było warte ryzyka.
Mocno trzymam się rzeczywistości, ale nie mogę przepuścić tego, co mam teraz przed sobą.
Wiem, że opuścisz mnie rano, gdy się obudzisz.
Zostaw mnie z jakimś dowodem tego, że to nie jest snem.
Jesteś jedynym wyjątkiem,
A ja powoli zaczynam wierzyć..."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz